poniedziałek, 30 stycznia 2017

Po co nam wspólnota?

Wspólnota na pierwszy rzut oka, może się nam kojarzyć z miejscem, w którym gromadzi się pewna ilość osób, po to, aby wspólnie dążyć do wyznaczonych sobie celów. Jednak trudno jednoznacznie zdefiniować czym tak naprawdę jest wspólnota, ponieważ jest ona podobna do żywego organizmu, który sami tworzymy. Możemy wyróżnić wiele rodzajów wspólnot. Od tej podstawowej jaką jest oczywiście nasza rodzina, następnie nasi znajomi, szkoła, praca, wspólnota modlitewna, czy wiele różnego rodzaju grup  społecznościowych. Ja chciałbym w tym temacie skupić się na korzyściach jakie płyną z uczestnictwa we wspólnocie modlitewnej. W Ewangelii Mateusza, Jezus mówi nam "Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani  w imię moje, tam jestem pośród nich". Piękna obietnica Jezusa dla ludzi, którzy gromadzą się w Jego imię, zapewnia nas o Swojej nieustannej obecności.
Jezus nie chce abyśmy byli pojedynczymi kartkami, które łatwo potargać, my mamy być częścią książki, którą bardzo trudno podrzeć. Bo w jedności jest siła. Wspólnota modlitewna jest więc taką skałą, o którą możemy się oprzeć w trudnych chwilach życia. Człowiek jednak nie przychodzi na spotkania tylko po to, aby razem z innymi prosić Boga w różnych potrzebach, oczywiście jest to ważne i wielką moc ma taka modlitwa. Ale oprócz modlitwy, wspólnota uczy nas poznawać żywą osobę Jezusa, nawiązywać relację z Nim, poznawać  innych ludzi, przez co stajemy się bardziej otwarci na drugiego człowieka. Ktoś kiedyś napisał, że gdy człowiek z całego serca pomaga innym, wtedy nieświadomie pomaga sobie. I niewątpliwie wspólnota może być takim miejscem naszego rozwoju i dojrzewania do miłości, przez ofiarowanie siebie innym.
Pamiętam, kiedy sam wstąpiłem do Odnowy w Duchu Świętym mając 24 lata. Byłem wtedy bardzo zamknięty w sobie i ciężko mi było nawiązywać nowe znajomości. Po pierwszym spotkaniu, na które zaprowadził mnie mój kolega, byłem w szoku i myślałem, że już nigdy tam nie wrócę. Jednak Pan Bóg powoli pomagał mi przełamywać siebie, odkrywać dzięki pomocy osób we wspólnocie moje różne talenty i zdolności. Z perspektywy czasu, będąc trzy lata w Odnowie, dziękuje Bogu, że poznałem tylu ciekawych, wartościowych ludzi i wiele się nauczyłem. Też warto pamiętać, że charakter człowieka i jego rozwój kształtuję się w środowisku, w którym przebywa. Podobnie gdy przebywamy w domu gdzie wszyscy chorują na grypę, jest tylko kwestią czasu kiedy i nas złamie choroba. Tak samo przebywając z ludźmi mądrymi, dla których głównymi wartościami w życiu są szukanie prawdy, pokoju, miłości i podążania za Jezusem.
Łatwiej jest nam poznawać Boga i nas samych, odkrywając prawdziwy i głębszy sens naszego życia. Św. Paweł  napisze o tym w słowach  „Przebywajcie w społeczności świętych i budujcie jedni drugich, przez czytanie Pisma Św. i wspólnotową modlitwę". Dodam jeszcze, że wspólnota obojętnie jakby ona nie była, może być także miejscem zranienia. Te zranienia mogą być różne, ale są nam paradoksalnie bardzo potrzebne, ponieważ przez nie uczymy się reagować na krzywdę, którą nam ktoś świadomie lub nieświadomie wyrządza. Są one procesem naszego wzrastania. Kończąc pragnę polecić książkę Jeana Vaniera „Wspólnota miejscem radości i przebaczenia”. Jean dzieli się w swojej książce bogatym doświadczeniem życia wspólnotowego i głęboką znajomością człowieka oraz jego tęsknot ku więzi i jedności z innymi. Swoje życie poświęcił pracując i pomagając osobom upośledzonym fizycznie i umysłowo.
Sylwester

sobota, 21 stycznia 2017

O znaczeniu rekolekcji w życiu duchowym.


Ten przystanek, jakim jest czas rekolekcyjnego skupienia i ciszy dla tych, którzy pragną podążać  drogą ku Bogu jest nie do przecenienia, po prostu musi się na niej znaleźć.  Św.  Jan Paweł II w adhortacji „Vita consecrata” pisze, że czas rekolekcyjnego skupienia zacieśnia więź z Bogiem, daje siłę do tego, by nieść skuteczną pomoc braciom i siostrom znajdującym się w potrzebie, pozwala wzrastać w modlitwie, a  dzięki temu pozwala lepiej rozeznawać wolę Bożą wobec siebie i podejmować odważne, czasem wręcz heroiczne decyzje, jakich wymaga wiara. Jednym słowem potrzebujemy tego milczenia, przenikniętego obecnością adorowanego Boga, by pozwolić Bogu mówić do nas i by móc usłyszeć Jego Słowo.  Z pewnością podpisałaby się pod tym św. Teresa z Avili – doktor Kościoła i reformatorka karmelu, żyjąca w XVI w., tym bardziej, że dla niej modlitwa ma być relacją dwóch miłujących się osób, relacją przyjaźni. Pragnie również, by życie wszystkich, a szczególnie tych, powołanych do wyłącznej służby Bożej w odnowionej gałęzi Karmelu, upływało w obecności Bożej pod miłującym spojrzeniem Stwórcy, Odkupiciela i Pana. Jednak według Świętej Matki, dla której największym pragnieniem, jakie żywiła względem czytelników jej dzieł, jest to, by doszli oni jak najszybciej do zjednoczenia z Panem, a więc dotarli do centralnej komnaty twierdzy wewnętrznej swej duszy, gdzie mieszka Król. Świadoma jest tego, że na tej drodze czyha wiele niebezpieczeństw, zakusów złego ducha, który często przebiera się za anioła światłości, by odwieść nas od obranej drogi, a przynajmniej opóźnić chwilę zjednoczenia. 

Wobec tego, ten wyjątkowy czas rekolekcyjnego skupienia, ma nauczyć nas postawy czuwania, byśmy łatwo mogli rozpoznać podstępy złego ducha i potrafili się im przeciwstawić, tym bardziej, że na ich ataki jesteśmy narażeni na każdym etapie życia duchowego. Byśmy w ten sposób uratowali swoją duszę, swoje powołanie, odrzucając to wszystko, co się sprzeciwia obranej przez nas drodze. Należy zaznaczyć również, że Święta tak naprawdę nic nie pisze o rekolekcjach, a przynajmniej w tej formie, jakiej my je rozumiemy, jako szczególny, specjalnie wydzielony czas przeznaczony wyłącznie na odosobnienie i skupienie, modlitwę przed Panem.  Tak naprawdę, całe nasze życie powinno być czasem rekolekcji, dlatego na wielu miejscach zachwala ten rodzaj życia, jaki zaprowadziła w zreformowanym karmelu.

Co do wyrzeczenia się wewnętrznego, samo już odosobnienie od świata, w jakim tu żyjemy, jawnie świadczy o miłościwej nad nami woli Pańskiej, iż na to nas tu pociągnął i tak nas od wszystkiego odłączył, abyśmy bez przeszkody łatwiej i bliżej dojść mogły do zjednoczenia z Jego Boską Wielmożności”  (DD 8, 2 przypis 45). W tych słowach widać wielką troskę Świętej Matki, wręcz błagalną prośbę o wierność temu rodzajowi życia, jakie wspólnie podjęły. Zdaje się mówić, że czas spędzony w tych klasztorach rzeczywiście jest czasem łaski i zbawienia. Pozwala bowiem usłyszeć, co Bóg ma nam do powiedzenia i wielkodusznie otworzyć się na pełnienie tylko Jego woli.  Przykładem tego dla świętej jest Mojżesz.

Tak samo i Mojżesz nie wszystko zdolny był wypowiedzieć, co w krzaku ognistym oglądał, jeno to tylko, co Bóg mu wypowiedzieć pozwolił. Ale gdyby duszy jego nie objawił tajemnic, z których poznał i uwierzył, że On, Bóg, do niego mówi, nie byłby chyba Mojżesz podjął się takiego pełnego trudów posłannictwa. Snadź więc wielkie rzeczy oglądał wśród cierni onego krzaka ognistego i stąd nabrał odwagi do tych wielkich czynów, które spełnił dla wyzwolenia ludu izraelskiego (VI TW 4,7). Święta chce nam uświadomić jeszcze jeden fakt, że podejmując jakikolwiek rodzaj życia, czy wysiłek rekolekcyjnego skupienia nie czynimy tego dla siebie, ale dla innych, bo przecież „nikt z nas nie żyje dla siebie…” (por. Rz 14,7)

Br. Tomasz od MB Różańcowej OCD

sobota, 17 grudnia 2016

Spowiedź generalna

Zbliża się koniec roku. Jest to dobra okazja do podsumowania minionych dwunastu miesięcy. Czas refleksji, przemyśleń, również nad nami samymi w kontekście naszej relacji z Panem Bogiem, postępach w życiu duchowym. Może być to dla was zachęta do zdania z tego okresu rachunku sumienia. Odbycia spowiedzi generalnej. Jest ku temu doskonała okazja, aby przyjąć Chrystusa z czystym sercem, uporządkowanym sumieniem, na ten nadchodzący radosny czas Narodzenia Pańskiego. Spowiedź generalna jest właśnie takim zdaniem sprawozdania Chrystusowi o nas samych, z tego jak wypełnialiśmy jego wskazania Ewangeliczne w danym okresie czasu. Może to być wspomniany rok, kilka lat, pewien ważny etap w naszym życiu, który chcemy podsumować, który uznaliśmy za zamknięty, czas kiedy wstępujemy w związek małżeński, lub też chcemy poświecić swe życie Panu Bogu w klasztorze. Okazji może być wiele, a decyzja na pewno będzie dobrym rozwiązaniem.

Spowiedź generalna dla wielu wiąże się z samym momentem nawrócenia. Odnalezienie przez Pana Boga i w konsekwencji proces poznawania Go, ukazuje człowiekowi jego biedę. Wówczas jak piszę św. Teresa, żal za grzechy rośnie tym bardziej im większe łaski dusza otrzymuje od Pana Boga. To w konsekwencji prowadzi do pójścia do konfesjonału, powrotu syna marnotrawnego do miłosiernego ojca, który widząc skruchę swojego dziecka zawsze mu wybaczy, daruje popełnione grzechy. Spowiedź taka to też dobra okazja do wyznania popełnionych wcześniej win lecz pominiętych lub zatajonych. To także szansa, żeby opowiedzieć Chrystusowi co dobrego również uczyniliśmy w minionym czasie. Akt ten nie musi więc wcale kojarzyć się z samym tylko zwierzeniem się Panu Bogu ze złych rzeczy jakich się dopuściliśmy ale podsumowaniem danego okresu i podkreśleniem łask i darów jakie od niego otrzymaliśmy.
Musimy tutaj pamiętać, żeby spowiedź ta była szczera, od serca. Abyśmy potraktowali ją poważnie, rozmawiając nie mechanicznie i nie posługując się wyuczonymi formułami, nie ze strachem, ale z przekonaniem i głęboką ufnością, że rozmawiasz z Chrystusem, najlepszym Twoim przyjacielem, który zawsze Cię wysłucha i nigdy nie odrzuci.

Św. Jan i św. Teresa dużo uwagi poświęcali kierownictwu duchowemu. Porady kapłanów mogą zamknąć pewien okres w naszym życiu i jednocześnie otworzyć kolejny wspanialszy. Jest to okazja do jeszcze większego pogłębienia naszej relacji z Chrystusem i rozwoju naszej duchowości. Zwłaszcza jest to zalecane, kiedy dostrzegamy u siebie pewien zastój w życiu duchowym, kiedy czujemy że nie postępujemy już dalej. Jest to okazja aby zwierzyć się Panu Bogu z naszych słabości, z naszych wątpliwości i dać się prowadzić ku pełnemu z Nim zjednoczeniu, aby nasza wola była tożsama z Jego wolą.

Chrystus jako Dobry Pasterz, zawsze idzie za zgubioną owcą. Odnajduje ją, bierze na ramiona i wprowadza do swojej owczarni. Wówczas niewysłowiona radość staje się udziałem wszystkich mieszkańców Królestwa Niebieskiego. Dla nas samych może być właśnie początkiem, nową wspaniałą drogą do Pana, do jego lepszego poznania, do wejścia w komunie z Nim. Wkroczeniem z nową mocą do twierdzy wewnętrznej samego siebie, powrotem do komnat, gdzie mieszka On sam – Jezus Chrystus, który jest „drogą, prawdą i życiem’’. Bo w rzeczywistości nasze życie jest poszukiwaniem prawdy jak pisała św. Benedykta od Krzyża. A tą prawdą jest nie kto inny tylko sam Pan Bóg.

Łukasz

niedziela, 11 grudnia 2016

Regularna spowiedź

Każdy z nas popełnia błędy. Nikt nie jest bez winy. Dlatego Pan Bóg daje nam Sakrament Spowiedzi, aby nas podźwignąć z naszych upadków. Za każdym razem kiedy przystępujemy do Sakramentu Pojednania dokonuje się w nas cud uzdrowienia duszy. Bóg leczy nasze rany, nieraz bardzo głębokie, które nosimy w sercu przez wiele lat. Podnosi nas na swoje ramiona niczym pasterz swoje owce i obdarza nas swoją miłością. Wylewa na nas ogrom swojego miłosierdzia. Bóg jest miłością (1 J 4,8) – jak mówi Pismo Św., Bóg zawsze na nas czeka, zawsze kołacze. Bóg nigdy nas nie opuści, choć przyjaciele czasem mogą. Nawet rodzina może o nas zapomnieć, a bracia lub siostry mogą się nas wyrzec.

Naszego uzdrowienia możemy czasami nie zauważyć od razu. Niekiedy Bóg zakrywa tą tajemnicę przed naszymi oczami. Pewne jest jednak to, że ono się dokonuje. Każda spowiedź w pewnym sensie przybliża nas do Boga. Brak spowiedzi na pewno oddala. Grzesząc ranimy samych siebie, jednak grzech pierwsze rani Boski Majestat – pisze św. Teresa od Jezusa. Grzech ponownie przybija Go do krzyża, ponownie Go biczuje, opluwa. Grzech osłabia, a czasami przerywa naszą więź z Bogiem. Grzech jest popełnionym złem, odstępstwem od dobra. Grzech czyni nas naprawdę nieszczęśliwymi. Grzech zabija.

Tajemnica spowiedzi świętej jest tak głęboka jak głębokie jest miłosierdzie Boże. Nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie byłby w stanie duszy przebaczyć, jeżeli ona tylko z żalem ale i z ufnością zwróci się do Niego. Bóg jest większy od naszych grzechów, większy od naszych upadków, większy od naszej nędzy. Bóg patrzy, wzrok Jego bada synów ludzkich – czytamy w Psalmie 11. Nie dlatego, żeby ich karać. Raczej dlatego, żeby im pomóc. Żeby ich uleczyć. Żeby ich nawrócić. Żeby wlać w nich swoją przedwieczną miłość. Bóg jest miłością, dlatego zawsze jest gotów nam przebaczyć. Św. Jan od Krzyża pisze, że Bóg bardziej pragnie od nas czystości naszej duszy niż wszelkich dzieł, które moglibyśmy dla Niego wykonać.

Nie poddawajmy się pokusie polegającej na zaniedbywaniu stanu naszej duszy. Nie poprzestawajmy na spowiedzi raz lub dwa razy do roku. Przystępując często i regularnie do sakramentu pokuty ustawicznie nawracamy się do Boga, zabiegamy o czystość serca, bez której nie możemy praktykować ciągłego życia modlitwy i kontemplacji. Do każdej spowiedzi przygotowujmy się tak, jakby miała ona być ostatnią w naszym życiu. Życie możemy przeżyć w miłości albo w grzechu. Jeżeli będziemy się rzadko spowiadali lub będziemy się spowiadali mechanicznie, ile tej miłości może być w nas? Jak możemy żyć szczęśliwie z wyrzutami sumienia? Jak możemy doświadczać miłości i obdarzać nią ludzi wokół siebie, jeżeli nasza dusza bardziej przypomina opuszczone i zrujnowane miasto niż niebieskie Jeruzalem.


Łukasz Szymon

niedziela, 4 grudnia 2016

By coraz bardziej upodabniać się do Boga, czyli o szczegółowym rachunku sumienia

Doskonalcie się z godziny na godzinę, cierpliwie, stanowczo, heroicznie. Czy ktoś wam mówi, że stać się dobrym to łatwe? Mówię wam: to najcięższa praca. Jednak niebo jest zapłatą, więc warto wyczerpać się w tym wysiłku”.

Marta Valtorta, Poemat Boga-Człowieka, Księga II nr 63


Słowa Marii Valtorty mogłyby stanowić definicję szczegółowego rachunku sumienia, bądź dobry komentarz do tejże definicji. Rodzi się jednak pytanie, czy św. Teresa z Avili pisała o szczegółowym rachunku sumienia? Bezpośrednio – mówiąc o metodzie jego dokonywania, nie, ale jako o niezbędnym warunku na drodze do świętości, na drodze wiodącej do zjednoczenia z Bogiem, już tak. To doskonalenie się z godziny na godzinę to terezjańska zachęta do tego, by coraz dalej, ku coraz lepszym rzeczom postępować. To zachęta, wręcz przynaglenie do tego, by zdobyć się na świętą, zuchwałość i przy łasce Boga zostać tak wielkim świętym, jak założyciele (por. T V 1,2; D 2,4; F 14,4). Chcąc wejść na tę drogę doskonałości, należy nabrać obrzydzenia do wszelkiego grzechu ciężkiego i postanowienie, by nim nigdy Boga nie obrażać. Tej szalonej zuchwałości, by Wszechmocnego Pana obrażać, należy się wyrzec. Św. Teresa przypomina nam, że podobnie, jak żyjemy w obecności Bożej, tak samo przed Jego obliczem, w Jego obecności dokonujemy wszelkich okropności. 

Ta świadomość jest dla Świętej Matki okazją do wychwalania Miłosierdzia Bożego. By choć trochę odwdzięczyć Mu się za to powinniśmy upodobnić się do Niego w świętości, zdobywając i udoskonalając cnoty, których On jest źródłem. Święta Teresa nawołuje tutaj do wielkoduszności i nie zniechęcania się niepowodzeniami, ani tłumaczeniem się, że przecież nikt nie jest aniołem, ani świętym. Dodaje, to prawda, ale nikt nam nie broni, że przy Bożej łasce zostaniemy świętymi (por. D 16,12). To właśnie zabieganie o kształt i bogactwo swojego wnętrza, ubogacanie go cnotami przynależy do szczegółowego rachunku sumienia. Gdy uczciwie, w świetle Bożej Miłości przyglądamy się swojemu wnętrzu dochodzimy do wniosku, jak te cnoty, które już posiadamy są niedoskonałe, odbiegają od tego boskiego pierwowzoru. To obliguje nas do wytężonej, często długotrwałej pracy nad zdobyciem, bądź udoskonaleniem jakieś cnoty. Z uwagi na to, że pisze do mniszek, żyjących we wspólnocie, dużo miejsca poświęca cnotom społecznym. W „Twierdzy wewnętrznej” pisze m.in. o mężnym znoszeniu wszelkich utrapień i przeciwności. Nie jest to łatwe nie pozwolić zagościć w swoim sercu uprzedzeniom, niechęci w stosunku do osób nam nieprzychylnych, trudnych. Tylko moc z wysoka i przykład samego Zbawiciela, w którego ciągle trzeba się wpatrywać, o Jego towarzystwo się starać, będzie tutaj niezawodną pociechą.

Widać więc, że św. Teresa podnosi poprzeczkę. Nie wystarczy tylko nie grzeszyć, zachowywać przykazania, czy jak sama dodaje żyć bogomyślnie i modlić się. Bez starania się o cnoty pozostanie się karłem, bo co się nie pomnaża, umniejsza się (por. VII TW 4,9).Święta Karmelitanka mówi jeszcze o dwóch powodach. Po pierwsze, by nie dawać zgorszenia innym, szczególnie ludziom żyjącym w świecie, którzy, choć nie idą Bożą drogą, mają wzrok bardzo wyczulony na wszelkie niedociągnięcia i braki u ludzi poświęconych Bogu. Po drugie, by posiadać ten skarb, o którym mówi Ewangelia, trzeba rzeczywiście sprzedać wszystko i kupić tę rolę, w której ukryty jest ta drogocenna perła życia wiecznego. Nie jest to proste, bo wymaga dzień po dniu umierania dla siebie, by zacząć żyć dla Boga i dla innych. Wszystko po to, by posiąść wreszcie ten skarb i cieszyć się nim przez całą wieczność.

br. Tomasz

poniedziałek, 28 listopada 2016

„Czy miłujesz mnie?”

„Z głębokości wołam do Ciebie Panie” (Ps 130, 1). Z głębokości nędzy, brudu i grzechu. Jak wiele jest upadków w moim życiu, jak wiele zdrad i zaparcia się Ciebie. Upadam, gubię się, odchodzę od Ciebie, który jesteś samą Miłością. Tak jak Piotr Ci nie dowierzam: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”, a po cudzie wyłowienia ogromu ryb wołam skruszony: „Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Odnajduje się właśnie w nim, bo w momentach szczęśliwych mówię Ci: „Choćby wszyscy zwątpili ja nie zaprę się Ciebie”, a gdy przychodzi trwoga, cierpienie i trud: Nie znam Cię, nie wiem kim jesteś, nie byłem z Tobą, nigdy Cię nie słyszałem. Lecz wiem, że Ty pragniesz tylko człowieczej miłości i dlatego tak jak Piotra, pytasz: „Czy miłujesz mnie” ( J 21, 17b).

To modlitwa, którą można rozpocząć rachunek sumienia. Otwiera ona nas na relację z Bogiem kochającym. Bóg przecież tak naprawdę nie pyta nas o grzech, ale o miłość. „Bóg jest daleki od grzechu” (Hi 34,10b). Rachunek sumienia to moment, w którym chcemy w prawdzie spojrzeć na siebie. Sięgnąć pamięcią do momentów, w których sumienie wyrzuca nam niedoskonałości, grzechy. To także moment wdzięczności Bogu za Jego łaski, obdarowanie, miłość. Dlaczego jednak mamy się upokarzać, czy to konieczne? „Grzech wiedzie do śmierci” (Mdr 1,11b), odbiera nam radość, zakłóca pokój serca, „przesłania prawdziwe wartości” (Mdr 2, 20b). Tak jak Adamowi i Ewie zaburza harmonię życia w szczęśliwości i oddala nas od Boga. To nie Bóg wyrzucił pierwszych rodziców z raju, to grzech nie pozwolił im oglądać Tego, który jest najczystszą Miłością. Ich serca zwiedzione przez szatana nie potrafiły już egzystować w obecności Stwórcy. Im bardziej grzeszymy tym bardziej Bóg staje się odległy. On jednak czeka na swojego syna marnotrawnego z otwartymi rękami i wygląda zatroskany czy przyjdzie, zawróci z drogi zła. Czeka w konfesjonale z zapytaniem „czy miłujesz mnie”.

„Czy miłujesz mnie”, czy kochasz Mnie w sobie, czy kochasz w drugiej osobie? Piotrowi zadał to pytanie aż 3 razy żeby wskazać, że miłość jest dla Niego najważniejsza. Bóg pragnie tej relacji miłości, w której my patrząc na swoje życie, swój dzień, swoje doświadczenia zobaczymy, że zostaliśmy obdarowani ogromem łaski, a odpowiedzieliśmy niewiernością. Przypatrywać się trzeba poszczególnym wydarzeniom, w których byliśmy centralną postacią i w konfrontacji z ewangelią, która niech nam towarzyszy w trakcie rachunku sumienia patrzmy w prawdzie na siebie. Nie udawajmy, nie usprawiedliwiajmy się, nie okłamujmy samych siebie. Każdego dnia Kościół daje nam perykopę ewangelijną do rozważania, czytana jest na każdej mszy świętej. Może warto jeszcze przed rachunkiem sumienia właśnie ją przeczytać? W kontakcie z Bożym słowem można zobaczyć swoje życie inaczej, prawdziwiej. Ono przenika nasze serca, osądza nas najpewniej. Wsłuchując się w Boże słowo stawiamy się wobec Stwórcy w roli rozmówcy. Otwierają się nam oczy, a kiedy poznajemy, że jesteśmy tak mocno kochani wtedy grzech nabiera jakiegoś obrzydzenia, chcemy usunąć go z naszego życia, nie patrzeć już na niego. Z głębi serca czujemy się jak Dawid: „Zmiłuj się nade mną Boże w łaskawości swojej, w ogromnie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość” (Ps 51, 3). To wołanie pełne żalu. Dobrze jakby był to żal doskonały, nie wynikający tylko ze strachu przed karą, ale przede wszystkim z miłości do Boga, Miłości, której się sprzeniewierzyliśmy. Trzeba nam dlatego wchodzić w relację z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje, szukać z Nim rozmowy, przypominać sobie, że On przenika nasze życie codziennie, wtedy rachunek sumienia będzie momentem piotrowej odpowiedzi Jezusowi: „Panie Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

„Nie wspominaj grzechów mojej młodości, ani moich przewinień, ale o mnie pamiętaj w Twojej łaskawości, ze względu na dobroć Twą Panie” (Ps 25,7). To prośba psalmisty, w której prosi Boga, aby nie patrzył już na niego z perspektyw grzechów, ale jak na człowieka, syna, który nie jest godzien się nim nazywać. Jak mocno teraz przychodzi na pamięć ta chwila, w której Jezus stoi przed gronem Żydów, w koronie cierniowej, ubiczowany, a Piłat mówi: Ecce Homo – Oto człowiek i słyszy odpowiedź „ukrzyżuj”. Oni nie zobaczyli w Nim człowieka, ale nie tak postępuje Bóg z nami, jak z Nim postąpił lud. Gdy widzi nasz powrót, na nowo cieszy się naszym widokiem, ubiera nas w piękną szatę czystości i zakłada pierścień przynależności. To ważny moment naszego nawrócenie, kiedy prosząc Boga o Miłosierdzie, odwracamy się od naszych grzechów i idąc do konfesjonału zaczynamy na nowo budować nasze życie.

„Czy miłujesz mnie?” to ważne pytanie w rachunku sumienia, bo odpowiadając na nie uczymy się szukać miłości i kochać. Nie ma nic cenniejszego w życiu nad miłość. Na niej powinno się skupiać nasze życie, nie na grzechu i odstępstwach. Z grzechu trzeba powstawać, bronić się przed nim, wyrzekać się jego, a do miłości trzeba przylgnąć, uczynić ją sensem naszego życia, na niej oprzeć nadzieję i jej wiernie strzec do końca naszych dni. Jezus nie zapytał Piotra: dlaczego mnie zdradziłeś?, ale „czy miłujesz Mnie?”, bo tylko miłość jest wieczna, nie przemija: „… nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy już nie stanie” (1Kor 13,8).

Paweł

poniedziałek, 21 listopada 2016

Jak to ślepy, ślepego prowadzi, czyli o kierownictwie duchowym

Szaweł natomiast podniósł się z ziemi, ale chociaż miał otwarte oczy, nic nie widział. Poprowadzono go więc za rękę do Damaszku. Dz 9,8

Bardzo naiwne byłoby mówienie o potrzebie, szczególnym znaczeniu kierownictwa duchowego w życiu autentycznie, prawdziwie wierzącego, tego, który poważnie traktuje sprawę swojej wary. Człowiek, wkroczywszy na ścieżki życia duchowego, wszedłszy do twierdzy wewnętrznej swojej duszy jest niczym Szaweł, który w zetknięciu z tajemnicą, Tajemnicą samego Boga, traci wzrok więc sam nie potrafi się poruszać, wręcz chodzenie samemu w takim stanie, staje się niebezpieczne. Ślepiec nie ma orientacji w przestrzeni, której się nalazł. Trudno mu, zatem znaleźć właściwą drogę pośród takiego labiryntu innych, rozpoznać te właściwe, istotne dźwięki, głosy, pośród tylu innych, jakie do niego docierają. Nie wszystkie drogi, nie wszystkie głosy są tymi, które przyczynią się do jego postępu. (por. Ż 13,14). Potrzebny jest mu przewodnik, kierownik. Inaczej ryzykuję, że z lęku przed upadkiem, pobłądzeniem, czy narażeniem się na niebezpieczeństwo nie ruszy się z miejsca i skarłowacieje pod względem ludzkim i duchowym. Widać więc jaka wielka odpowiedzialność ciąży na przewodniku, kierowniku czyjeś duszy. Musi być to osoba, która pomoże mu nie tylko poruszać się po tym nieznanym świecie jego własnej duszy, ale będzie miała również odwagę odkrywać wraz z nim nieznane dotąd obszary. Zatem musi być to ktoś doświadczony, znający świat duchowy i prawa tam panujące. Czy zatem ma być bardziej pobożny, czy może wykształcony, oczytany? Św. Teresa od Jezusa w „Księdze życia” mówi, że: „każdy chrześcijanin powinien by się starać o to, by w duchowych potrzebach swoich znalazł sobie przewodnika o ile możności gruntownie oświeconego, a im głębszą ten przewodnik będzie posiadał naukę, tym będzie lepszy.” (Ż 13,17)

Zatem, przede wszystkim musi być to osoba o głębokiej, autentycznej relacji z Bogiem, relacji, która trwa już dłuższy czas i dzięki temu zna dobrze ten duchowy świat, bo sama przeszła te drogi, po których chce prowadzić innych. Oczywiście, dobrze byłoby, wręcz idealnie, gdyby kierownik, oprócz wartości duchowych, posiadał również „obycie” intelektualne w temacie kierownictwa dusz. Choć nie jest ono konieczne, bo, jak zaznacza sama św. Teresa, gdy nie miała kierownika duszy, czytała bardzo dużo książek z dziedziny duchowości, by poznać, to, co się z nią dzieje, jak ją Pan prowadzi. Jednak nie na wiele się to zdało, bo nic z nich nie rozumiała, do czasu, aż Pan raczył ją oświecić w tej materii. (por. Ż 23,3). Poznała wtedy, jak wielką krzywdę wyrządza zły przewodnik m.in. małoduszny, który sam drepcząc na Bożych drogach, trzyma na uwięzi nie tylko swojego ducha, ale też innych powstrzymuje na drodze ku Bogu, nakazując nawet stać w miejscu. Takich nazywa półteologami, półuczonymi. (Zob. V TW 1,7). Jedna trzeba to podkreślić, że dobrzy kierownicy są dla Świętej Matki nie do przecenienia. Wynika to z jej przeogromnej i nieograniczonej wiary w Boga i w to że Jego duch działa w Kościele i w Jego pasterzach. Tylko ci pasterze muszą pamiętać, że są również ślepi, podobnie, jak ci, których prowadzą, a Duch Boży oświeci ich na tyle, na ile mu zaufają i jak długo, jak systematycznie będą przychodzić do Niego, by stanąć w Jego świetle.

Br. Tomasz od Matki Bożej Różańcowej OCD

niedziela, 13 listopada 2016

Pójdę za Tobą dokądkolwiek się udasz...

Czytając Pismo Święte zauważamy, że słowa Jezusa budziły podziw, napawały entuzjazmem i zapalały ludzi, którzy się z Nim spotykali. Wystarczy przyjrzeć się powołaniu Piotra i Andrzeja: „Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”. Słowo „natychmiast” wydaje się być tu kluczowe. Oznacza ono bowiem - bez rozważenia czy się to opłaci, bez zastanowienia się i rachunku strat oraz zysków. Jezus musiał wzbudzić w nich tak wielkie zaufanie samym tylko słowem, że od razu postanowili rzucić wszystko i pójść za Nim. Oni już nigdy nie wrócili do dawnego życia. Tylko czy czasem nie żałowali? Z perspektywy czasu i historii zbawienia wiemy przecież, że owo „pójście za Chrystusem” oznaczało zaparcie się siebie samego, wzięcie na siebie swojego krzyża i naśladowanie Nauczyciela (por. Mt 16,24). Droga ta więc nie była wcale łatwa: pośmiewiska, wytykanie palcami, wyrzucanie z Synagog, prześladowanie, a w końcu śmierć męczeńska. Dowiadywali się tego stopniowo: „Będziecie w nienawiści z powodu mojego imienia” (Mt 10, 16-22), „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34), „Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił” (J 16,20). Trudne to słowa, ale oni mimo tego i później konkretnych negatywnych doświadczeń do końca trwali przy Chrystusie. Dlaczego?

Chrześcijaństwo to droga krzyża. Nie można zamknąć jej w twardych ramach nakazów i zakazów, jak próbowali to zrobić ze swoją religijnością ówcześni Żydzi. To konkretne życie, w których odkrywamy prawdę, wyzwalającą prawdę. Decydując się pójść za Jezusem to być gotowym podzielić Jego los i nie wracać się już starego życia. Podzielić go bez szemrań i buntu, spokojnie nawet gdy ciężar wydaje się nam nie do uniesienia. Inaczej pójście za Jezusem jest fałszywe: „Kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien”. Nieuniknione jest to cierpienie: trudności w relacjach z najbliższymi, niezrozumienie, złe decyzje życiowe, choroba fizyczna czy psychiczna, kalectwo, ograniczenia intelektualne, czasami bieda materialna, śmierć czy samotność. Czy nie spotykamy tego w swoim życiu? Jednak propozycja Chrystusa nie jest cierpiętnictwem. 

Nie chodzi o to żeby szukać cierpienia, umartwiać się, ale przyjąć codzienność z godnością bez udawania, że nie boli, bez narzekania i okłamywania siebie i innych, że wszystko jest dobrze. Krzyż w rozumieniu chrześcijańskim to ogromna wartość. Uczy oderwania od egoizmu, chorobliwego przywiązania do dóbr tego świata, pomaga rozumieć biedę innych i uczy jak kochać prawdziwie bliźniego. Prawdziwie tzn. szlachetnie, z sercem otwartym, wyrozumiałym i oddanym. Prawdziwa bieda to nie ta, w której brakuje środków do życia, ale bieda moralna: bluźniercze słowa wobec drugiego, nienawiść i zazdrość, chciwość, wykorzystywanie bliźniego dla swojego pożytku. To prawdziwe nieszczęście człowieka, który żyje w gniewie, z niepohamowaną rządzą zysku, w ciągłym pragnieniu zemsty. Ileż w jego sercu jest niepokoju, niespokojnych myśli, chaosu i buntu. Człowiek, który doznał cierpienia i je przyjął nie zachowuje się w ten sposób: potrafi współczuć, empatycznie i z radością przyjmuje bliźniego, wspiera go i pomaga. Cierpienie służy dobru, zbawia ludzkość.

Apostołowie Piotr i Andrzej gdy spotkali Jezusa poczuli, że jest w Nim coś wyzwalającego. Coś co odmieni ich życie. Dlatego wytrwale podążali za Nim. Powoli odkrywali w Jego słowach prawdę, prawdę, która mówiła „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskieKrzyż prowadzi nas ku Bogu Wiecznemu, który wyzwala nas z pożądliwości, szukania przyjemności w dobrach tego świata, pychy i żądzy bogactw, zabierających nam wolność i radość, prawdziwą radość życia. Świat ma coś w sobie przygniatającego, coś wciągającego i zatracającego. Coś co gnębi naszą duszę. W krzyżu i wierności Jemu odnajdujemy pokój i jakąś wewnętrzną harmonię, której przecież tak bardzo pragniemy. On wprowadza nas w nowy świat, w całkiem nową rzeczywistość, a „kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony”.

Trzeba oderwać się od tego co przemija, by móc wejść w coś nieprzemijającego i ostatecznego, odwrócić oczy od tego co przyziemne a zwrócić je ku temu co wieczne. Sens krzyża to odkryć, że prawdziwe życie to poznać miłość Boga, o której św. Jan od Krzyża pisze: „O najsłodsza miłości Boga, tak mało poznana! Kto znalazł Twoje źródło; znalazł odpocznienie.
„Pójdę za Tobą dokądkolwiek się udasz” Mt 8,19

Paweł

niedziela, 6 listopada 2016

Pokorny znaczy prawdziwy.

Uczniowie Jezusa niejednokrotnie widzieli Pana modlącego się do Ojca. Był to zapewne widok, który robił wrażenie skoro któregoś dnia w jakimś zachwyceniu Jego relacją z Bogiem poprosili „Naucz nas się modlić”. Czyż nie była to ich pierwsza modlitwa? Prawdziwa, szczera, wypływająca prosto z pragnienia serca? Musieli poczuć jakąś bezradność, jakiś niepokój w sercu wynikający z niemocy, nieumiejętności modlenia się tak jak ich Nauczyciel. Widok Chrystusa modlącego się poruszył ich do głębi skoro wobec Niego i siebie samych ujawnili tą gorzką prawdę: jesteśmy słabi! Był to ich pierwszy wyraz pokory, czystej prawdy o sobie, poznania, że tak bardzo są mali przed Bogiem. Może to było ich pierwsze pełne przejęcia wołanie, żarliwe, gorliwe, proste, ale jakże mocno wynikające z ich potrzeby serca. Jezusa poruszyła niewątpliwie ich pokorna prośba i dlatego nie mógł przejść obojętnie wobec tego niespokojnego serca: „Kiedy się modlicie – mówcie” (Łk 11,2). Mówcie kiedy zaczniecie się już modlić. Czyż nie tak można interpretować słowa Chrystusa? „Przecież z obfitości serca usta mówią”. Najpierw znajdźcie czas dla Boga, stawcie się w Jego obecności. Modlić się wargami można wówczas gdy wpierw modli się sercem, uczuciem. Jakże potrzeba nam skupienia, pokoju serca, uspokojenia myśli żeby wejść w tą intymną relację z Bogiem. Jakże trzeba nam pokory, pokory, która zdobywa serce Boga. Tylko wówczas gdy w swojej prawdzie staniemy przed Nim, tacy jacy jesteśmy On weźmie nas w ramiona jak syna marnotrawnego i zaprosi nas do ucztowania, radości (Zob. Łk 15, 21-24).

Pokora jest fundamentem modlitwy ale i owocem z niej wynikającym. Wprowadza pokój w życie człowieka, uczy zawierzenia i stoi na straży nadziei. Czyni go radosnym, bo w pełni ufającym Bogu. Jest chodzeniem w prawdzie, ze świadomością, że sami z siebie nic nie mamy i nic nie możemy. Mówiąc językiem św. Teresy od Jezusa możemy powiedzieć, że nasza jest tylko nędza i nicość.1 Tak to prawda: „Cóż masz czegoś byś nie otrzymał” (1Kor 4,7b) . Nie można jednak mylić pokory z jakąś obojętnością względem siebie, upokarzaniem samego siebie i niedocenianiem darów, którymi wedle woli swojej ubogacił nas Bóg. To fałszywa pokora, która wprowadza zamęt w życie człowieka, czyni go zgorzkniałym, zimnym i serce czyni smutnym. Prawda o sobie to świadomość braków, grzechów, ale i talentów, zdolności oraz zalet, które posiadamy. Bóg nie uczynił nas bylejakimi. Oczywiście upadamy, nie jesteśmy wierni postanowieniom, wiele w nas ułomności i słabości, dlatego we wszystkim musimy oddawać się Bogu, z Niego czerpać siłę i na Nim budować nadzieję.2 Wszystkiego oczekiwać od Niego. „Prawdziwa pokora polega głównie na tym, byśmy zawsze ochotnie gotowi byli na wszystko, cokolwiek Pan z nami chce zrobić, i zawsze uważali siebie za niegodnych zwać się Jego sługami”.3 Apostołowie przyjrzawszy się Jezusowi modlącemu się poznali tą ogromną prawdę, że przed Bogiem nie musimy nikogo i niczego udawać. On zna najskrytsze pragnienia naszych serc, wie o nas wszystko. Nasza modlitwa powinna wyglądać jak ta celnika upokarzającego się w świątyni: „stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: Boże, miej litość dla mnie grzesznika” (Łk 18,13). Poznając Bożą Miłość czujemy się nie godni być blisko Niego, oczy nasze nie śmią spojrzeć na Ojca miłującego, a na usta cisną się tylko słowa z prośbą o zmiłowanie.

Na pewno warto poszukać w chwili jakiejś refleksji w swoim wnętrzu prawdy o sobie. Zajrzeć do swego serca i zapytać czy czyny moje są prawdziwym wyrazem myśli i nastawień? Czy jestem we wszystkim autentyczny? Czy nie żyje na pokaz, dla reklamy, czy nie jestem sztuczny i uśmiechający się tylko dla mojego dobrego wizerunku wśród ludzi? Jakże dobrze byłoby żyć zgodnie z sumieniem, jakże wolny bym był gdybym nie musiał się ciągle kontrolować i udawać innego niż jestem. Wtedy poczułbym to co wyraził psalmista:

„Panie moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy...” (Ps 131)

Paweł 

1Zob. Św. Teresa od Jezusa, Twierdza wewnętrzna, VI, 10,7.
2Por. Tenże, Droga doskonałości, Wyd. Karmelitów Bosych, Kraków 2006, Rozdział 41, s. 242.
3Tamże, s. 243.

niedziela, 30 października 2016

Dlaczego warto być ubogim?

„Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże”(Łk 6,20). Kim jednak są owi ubodzy? Czy Chrystusowi chodzi o ludzi, którzy nic nie mają? Na czym polega Ewangeliczne ubóstwo i kogo dotyczy? Dlaczego warto być ubogim?

Ubóstwo można rozpatrywać w dwóch wymiarach: zewnętrznym (o którym mowa w wersecie przytoczonym powyżej) oraz wewnętrznym (Mt 5,3; gdzie użyto wyrażenia „ubodzy w duchu”). Ubóstwo w wymiarze zewnętrznym polega na tym, aby posiadać tylko to, co jest dla nas konieczne ze względu na nasz stan, wykonywany zawód, czy w szerszym znaczeniu powołanie. Jest o tym mowa w Ewangelii wg św. Marka, gdzie Pan Jezus rozsyła Apostołów i przykazuje im, aby nic ze sobą nie zabierali na drogę oprócz laski. Ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale żeby szli obuci tylko w sandały i nie wdziewali dwóch sukien. Mówi zaś tak dlatego, że już wtedy wiedział, że Apostołowie będą goszczeni przez ludzi więc chleb, torba i pieniądze nie będą im potrzebne. Przy tym, bardzo wyraźnie Pan zaakcentował, żeby nie wdziewali dwóch sukien. Oznacza to, że powinni posiadać tylko to, co jest im konieczne ze względu na swoją misję. O resztę troszczy się Bóg. Inny zatem stopień ubóstwa będzie wymagany od np. samotnego zegarmistrza a inny od sprzedawcy, który ma na utrzymaniu dwójkę dzieci. Oczywiście, także inny stopień ubóstwa będzie wymagany od osoby konsekrowanej, która złożyła ślub ubóstwa. Pan Jezus ukazał się raz św. Marii od Jezusa Ukrzyżowanego nad brzegiem morza i powiedział jej: Widzisz to morze bezkresne? A więc zaczerpnij z niego wody tylko tyle, ile ci będzie potrzeba. Chociaż morze nie może się wyczerpać, korzystaj z niego tylko wtedy, jeśli potrzebujesz... To po to, by dać ci przykład ubóstwa, które winnaś praktykować...

Ubóstwo w wymiarze wewnętrznym ma głębsze i szersze znaczenie, gdyż dotyczy sfery ducha. Polega ono na tym, aby uważać, że wszystkie dobra duchowe jakie posiadamy, pochodzą od Boga i są Jego własnością. Bóg udziela nam ich, żebyśmy mogli czynić dobro, jednak to On sam jest ich właścicielem i źródłem. Jest o tym mowa w przypowieści o talentach (Mt 25,14 i n.). Wszystko zatem co uczyniliśmy dobrego w życiu, i co czynimy, jest nam dane przez Boga. To znaczy – On pozwolił i pozwala nam to uczynić, gdyż „beze mnie nic nie możecie uczynić” – mówi Pan.

Życie chrześcijanina polega niewątpliwie na naśladowaniu Chrystusa. Tego, który „będąc bogaty dla nas stał się ubogim”. Ewangeliczne ubóstwo dotyczy więc każdego z nas. Dlaczego jednak warto być ubogim? Przede wszystkim dlatego, że tak powiedział oraz żył Jezus. Po drugie, aby móc naśladować Chrystusa, trzeba przyjąć Jego Słowo - jako własne, i to Słowo musi w nas wzrastać, aby mogło przynieść obfity plon w przyszłości, trzeba więc aby to Słowo zostało zasiane na ziemię żyzną, tzn. dusza, która przyjmuje Słowo Boże powinna być uboga w sensie zewnętrznym i wewnętrznym, tak aby nikt i nic nie mogło zagłuszyć Chrystusa, przesłonić czy zniekształcić Jego Słowa. Gdyż jak mówi Pan „troski tego świata, ułuda bogactwa i inne żądze wciskają się i zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne”. Im bardziej więc dusza opróżni się dla Jezusa, tym bardziej Słowo Boże będzie mogło ją przenikać i przemieniać. Po trzecie, „każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”. Perspektywa otrzymania życia wiecznego w przyszłości zdaje się być obfitą zachętą.

Łukasz Szymon

wtorek, 25 października 2016

Wyrzeczenie się miłości własnej

Zanim wejdziemy w istotę naszego tematu, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę jest miłość? Jest wiele definicji miłości, jeszcze więcej ludzi, którzy tej miłości pragną i poszukują. Można by ująć w skrócie, że miłość to oddanie, lub jak powiedział nasz papież św. Jan Paweł II „miłość to bezinteresowny dar z siebie samego”. Natomiast zbytnia miłość własna jest skupieniem się na sobie, na własnych potrzebach i przyjemnościach. Nie pozwala nam dostrzegać prawdziwego piękna wokół nas i potrzeb drugiego człowieka. Nie jest jednak łatwo wyrzec się miłości własnej, kochać bezinteresownie, niczego w zamian nie oczekiwać i nie pragnąć. Szczególnie teraz, gdy świat pokazuje nam zupełnie coś innego.

W Ewangelii sam Pan Jezus mówi nam o potrzebie zapierania się siebie, o umieraniu starego człowieka po to, abyśmy mogli stać się nowym stworzeniem. Na przykładzie Apostoła Piotra możemy zaobserwować wspaniały proces oczyszczania się z miłości własnej. Na początku widzimy go jako tego, który podejmuję decyzję o pójściu za Jezusem. W ósmym rozdziale Ewangelii św. Marka, Piotr wyznaje, że Jezus jest Mesjaszem. Kilka wersetów dalej, gdy Jezus poucza swoich uczniów o tym, że będzie cierpiał, zostanie odrzucony i zabity, Piotr zaczyna upominać Jezusa. Już nie idzie za Nim, ale przed Nim. Analizując tą sytuację, widzimy, że w życiu Piotra dopóki Jezus był blisko i robił wszystko co podobało się Piotrowi, mianowicie różnego rodzaju uzdrowienia, uwolnienia, wskrzeszania, głoszenie Ewangelii, gdzie tłumy podążały za Panem, wtedy wszystko było dobrze. Problem pojawił się, gdy Piotr usłyszał o cierpieniu i śmierci Jezusa. Dlaczego? Ponieważ Piotr miał zupełnie inna wizję Mesjasza. On widział w Jezusie tego, który wyzwoli Izraela, spod władzy Rzymu, a nie tego, który da się zabić. Ciężko mu było pogodzić się z własną słabością.

Podobnie jest w naszym codziennym życiu. Kiedy żyje się nam dobrze i wygodnie, może się wydawać, że nasza wiara i miłość do Jezusem jest w porządku. Ale gdy nagle spotyka nas bolesne i przykre doświadczenie, które jest dla nas błogosławieństwem, choć na początku w ogóle go nie rozumiemy, boimy się go, lub w jakiś sposób może bronimy się przed nim. Wtedy ujawnia się w jakim stopniu tak naprawdę ufamy Bogu, jakie są nasze oczekiwania w stosunku do Niego. Musimy także pamiętać, że takie doświadczenia one zawsze czemuś służą, coś nowego nam pokazują. Stają się dla nas najlepszą okazją do oczyszczania się z miłości własnej. Podobnie jest z małym drzewkiem, które jest smagane przez silne wiatry i burze po to, aby mogło się lepiej ukorzenić i być mocne w przyszłości, tak samo i człowiek przez bolesne doświadczenia staje się dojrzalszy i uczy się mocno stąpać po ziemi.

Bóg stworzył nas z miłości i powołał nas do miłości. Jeżeli będziemy szczerze i prawdziwie trwać przy Nim, to On sam będzie nam mówił czy to przez swoje Słowo, osoby, czy wydarzenia, co trzeba zmienić w nas, co wymaga oczyszczenia w naszym sercu, abyśmy mogli kochać czystą i prawdziwą miłością. Owo oczyszczenie może dotyczyć naszej pychy, egoizmu, przywiązania się do rzeczy stworzonych, naszej pamięci, naszych myśli i wiele innych. Bóg jest także miłośnikiem procesów, dlatego pamiętajmy o tym, że przemiana naszego serca i myślenia nie dokona się w jednym momencie, ale będzie trwała przez całe życie. Jednakże, aby ten ogień Bożej miłości zaczął w nas wypalać to co złe, zniekształcone i chore, człowiek musi otworzyć swoje serce przed Bogiem i podjąć świadomą decyzję czy tego chce.

Sylwester  

poniedziałek, 17 października 2016

Troska o cnoty


Wydaje się, że słowo „cnota” w dzisiejszym języku popadło w niepamięć. W potocznej mowie funkcjonuje ono epizodycznie, najczęściej przy okazji niewybrednych i ośmieszających ją żartów lub piosenek. Mogą się z nim spotkać studenci filozofii, poznający poglądy Sokratesa i jego następców, którzy zechcieli pochylić się nad tym zagadnieniem. Cnota ma swoje miejsce w teologii chrześcijańskiej, a bardziej jeszcze filozofii i etyce, z której wyłoniła się aretologia, czyli nauka o cnotach (gr. ἀρετή co znaczy cnota). Na tym „polu” zasługi ma św. Tomasz z Akwinu, twórczo przepracowawszy poglądy Arystotelesa. 

Również św. Jan od Krzyża, poświęcił cnotom sporo uwagi, gdyż wspominał o nich prawie we wszystkich swoich dziełach. Dla Autora cnota nie jest przeżywaniem niezwykłych uczuć duchowych. Polega na praktykowaniu pokory i wzgardzeniu samym sobą. Święty szczególnie skupia się na cnotach teologicznych jakimi są: wiara, nadzieja i miłość. Dzięki nim, dusza jednoczy się przez swoje władze z Bogiem. Dzięki wierze jednoczy się rozum, przez nadzieję pamięć, a przez miłość wola. W Nocy Ciemnej stwierdza, że cnoty te stanowią strój duszy, umożliwiający podobanie się Bogu. Posiadanie ich, stanowi dla duszy ochronę przed trojgiem nieprzyjaciół, którymi są szatan, świat i ciało. W Pieśni Duchowej (w strofach 11 i 30) zwraca uwagę, że żadna z cnót nie może być nabyta samodzielnie, lecz jedynie za pomocą aktywnej współpracy duszy z Bogiem. Św. Jan użyje nawet porównania tego procesu, do wzajemnego plecenia wieńca z kwiatów. Zostanie on uwity, gdy cnoty będą doskonałe.

W innym wersecie mówi o porankach tchnących świeżością. Porównanie to, objaśnia cnoty „zdobyte” w młodości, kiedy na duszę czyhały duchowe zagrożenia. Dodaje, że poranki mogły być zimowe, byłyby to cnoty „uzyskane” gdy dusza przechodziła trudności lub oschłości. Są one milsze Bogu, bo doskonalsze i trwalsze, niż zdobyte podczas pocieszeń. Doktor Kościoła zaznaczył, że dzięki wzrostowi jednej cnoty, wzrosną również pozostałe. I odwrotnie, gdy któraś ulega załamaniu wszystkie inne cnoty także sukcesywnie się załamują. Praktykując cnoty osiągniemy: czystość, pokój, radość, moc i ochronę w trudnościach duchowych.

Michał

poniedziałek, 10 października 2016

O przygotowaniu dalszym do modlitwy

By wejść przez ciasną bramę do raju...

Choć Teresa wielkie pragnienie służenia Bogu i poświęcenia swojego życia tylko na Jego służbę odczuwała od wczesnego dzieciństwa, zainspirowana chociażby żywotami świętych, to jednak, na ten moment, gdy zaczęła żyć rzeczywiście wyłącznie dla Niego, a właściwie, pozwoliła Swemu Stwórcy działać w niej i przez nią musiała czekać aż do 1554, kiedy to nawraca się przed wizerunkiem Ecce Homo. Ma wtedy 39 lat. Jej dotychczasowe życie było życiem połowicznym. Jak sama przyznaje chciała być z Chrystusem i dla Chrystusa, ale jednocześnie nie chciała opuszczać świata i ludzi, z którymi była związana. Takiemu życiu sprzyjała atmosfera panująca w karmelitańskim klasztorze Wcielenia w Avila, gdzie Teresa była 26 lat. Na jej nawrócenie złożyło się kilka przyczyn.


Po pierwsze była już zmęczona życiem, które prowadziła dotychczas. Po wtóre, czasy, w których żyła były niespokojne. Kościół rozdarty przez reformację tracił wyznawców, którzy dali się zwieść zgubnym ideą, zatracając tym samym swoją duszę. Słysząc o odkryciu przez Krzysztofa Kolumba nowych lądów, bolała nad tym, że jest jeszcze tyle ludzi, którzy nie słyszeli jeszcze orędzia Ewangelii. Jednym słowem, w takich czasach nie można prowadzić życia połowicznego, nijakiego. Takie czasy obligują do radykalizmu. Nie można już żyć tylko dla siebie, bo „Oto świat płonie pożarem, oto chcieliby obalić Kościół Jego, a my miałybyśmy czas tracić na pragnienie rzeczy, które, gdyby ich Bóg użyczył, właśnie niejednej duszy zamknęłyby wstęp do nieba? Nie, siostry moje, nie czas teraz w naszych rozmowach z Bogiem zajmować się sprawami błahymi”. D 1,5

Z tego cierpienia, spowodowanego własną sytuacją i sytuacją świata, zrodziło się pragnienie reformy karmelu, które miało u podstaw reformę, zmianę własnego życia. Teresa zrozumiała, że wygodne życie, jakie dotąd prowadziła, nie może iść w parze z modlitwą, która będzie dla niej orężem w walce o lepszy świat. Wiedziała, że musi zadać śmierć temu, co jest przyziemne, by zwlec z siebie starego człowieka, a przyoblec nowego (por. Kol 3,5-10)     
By tego dokonać, musiała uporządkować własne życie. Zadbać o jego jakość, dyscyplinę, by było w pełni ludzkie. Musiała zatem zadbać o relacje z drugim człowiekiem, sobą i światem. Wiedziała, że, chcąc przebywać z Bogiem i doświadczyć Jego przemieniającej obecności, musi stać się w pełni człowiekiem. Chcąc żyć dla innych, musi zapomnieć o sobie. Stąd troska o cnoty społeczne, ubóstwo i pokorę. Pokora natomiast, jako życie w prawdzie o własnej nędzy i niesamowystarczalności, pozwoli z cierpliwością znosić braki i słabości innych. To również wrażliwość na wszelką biedę drugiego i próba jej zaradzenia.

Nie da się budować dobrej, trwałej relacji z drugim człowiekiem, bez budowania, osobowej, głębokiej, opartej na prawdzie relacji z Bogiem. W tym na pewno ma pomóc codzienny rachunek sumienia, czyli bez lęku stawanie w obecności Bożej, po to, by ona nas przemieniała i kształtowała nasze życie. Nie pokochamy Boga, a tym bardziej nie będzie nas stać na jakiekolwiek wyrzeczenia dla Niego, gdy Go nie poznamy poprzez pogłębione studium. Tego wszystkiego święta Teresa wymagała od mniszek w założonej przez siebie odnowionej gałęzi karmelu, czego wcześniej sama skrupulatnie przestrzegała. Wiedziała bowiem, a przekonała się o tym boleśnie na własnym przykładzie, że tylko w takim klimacie będzie wzrastał duch modlitwy. Czy to nie za dużo? Być może, ale pamiętajmy, że to wszystko po to, by móc kiedyś przejść przez ciasną bramę raju do życia wiecznego z Bogiem i Jego świętymi.

br. Tomasz Kozioł OCD

niedziela, 2 października 2016

Jak żyć, aby życie stawało się modlitwą?

W ubiegłym roku, w cotygodniowych artykułach, staraliśmy się poruszyć temat trudności na modlitwie i podać praktyczne środki radzenia sobie z nimi. W tym roku chcemy zastanowić się nad tym, jak żyć, aby życie stawało się nieustanną modlitwą. Tematy, których się podejmiemy będą dotyczyły wielu aspektów codziennego życia: od prozaicznej troski o porządek poprzez wzmożony wysiłek studium oraz pracy nad cnotą, aż po subtelne uczucia w relacji z „Tym, o którym wiemy, że nas kocha” (Ż 8,5).

Jezus w swojej Ewangelii nie teoretyzował, ale uczył, jak żyć. Z tego powodu naszym zamiarem będzie zaproponowanie Wam, drodzy Czytelnicy, nie tyle wyabstrahowanej teorii, ile praktycznego przewodnika nieustannej modlitwy. Jezus bowiem nie wzywał nas, aby modlić się od czasu do czasu. Jego pragnieniem było byśmy modlili się nieustannie (por. Łk 18,1). Do tego jesteśmy powołani – do życia w nieustannej relacji z Ojcem, bo chrześcijanin to człowiek, który nie tyle żyje dla Boga, ile żyje z Bogiem: z Nim pracuje, odpoczywa, z Nim trwa pośród burzy pokus i zmartwień, z Nim przeżywa zarówno swoje sukcesy, jak i porażki, cnotę i grzech.

Przez najbliższe miesiące będziemy starali się wsłuchać w szmer Ducha, który sam jeden uzdalnia do modlitwy, „bez Niego, bowiem nie umiemy się modlić” (Rz 8,26) – pisze św. Paweł i usłyszane słowo wprowadzać w czyn, jak mówi św. Jakub:  „Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był” (Jk 1, 22-24). Mam nadzieję, że cotygodniowe wpisy pomogą Wam żyć tak, aby wasze życie stawało się nieustanną modlitwą. Dobrej lektury!

Jakub Przybylski OCD

piątek, 27 maja 2016

Czas na podsumowanie


Co prawda "współczesny świat potrzebuje bardziej świadków aniżeli nauczycieli” jak powiedział bł. Papież Paweł VI, jednak w minionym roku św. Teresa od Jezusa była dla nas przede wszystkim nauczycielką trudnej sztuki modlitwy.

Zgłębiając jej teksty, dowiedzieliśmy się, jakie warunki trzeba spełnić, by przekroczyć tę bramę, którą jest modlitwa, do świata wewnętrznego swojej duszy. Następnie była mowa o tym, jak trzeba zorganizować swoje życie, jakie elementy wprowadzić, jakich się pozbyć, by wytrwać na tej drodze i sprawić, oczywiście za łaską Boga, by nasze życie powoli stawało się modlitwą.  Była również mowa o trudnościach, niebezpieczeństwach, na które jesteśmy narażeni podczas tej wędrówki wewnętrznej. Oczywiście skorzystaliśmy też z porad Naszej Świętej Matki, jak sobie radzić z tymi gadzinami i płazami, które weszły za nami niepostrzeżenie do twierdzy.


W kolejnych tygodniach ukażemy św. Teresę od Jezusa, jako mistrzynię modlitwy, autentycznego świadka żywej relacji z Bogiem. Zobaczymy kobietę, dla której Jezus był rzeczywiście najbliższym i najlepszym przyjacielem. Będziemy mogli przeczytać, a być może pomodlić się najpiękniejszymi modlitwami autorstwa samej świętej Teresy od Jezusa. Zapraszamy. 

niedziela, 1 maja 2016

Wygodne życie

W tradycyjnym ujęciu szczęście człowieka jest nierozerwalnie związane z „byciem dla drugiego”. To pociąga za sobą konieczność walki z własnym naturalnym egoizmem. Człowiek, aby się rozwijał, musi nad sobą pracować, a to wymaga poświęcenia i trudu. Współcześnie jednak coraz częściej można spotkać się ze stanowiskiem, że człowiek jest tym szczęśliwszy, im więcej swoich pragnień zaspokoi. Druga osoba traktowana jest jako środek do celu. Wartości są względne, zmieniają się w zależności od potrzeby. Praca nad sobą jest zaniechana na korzyść wygody. Zgodnie z tą „filozofią”, życie ma być miłe, łatwe, bezstresowe i przyjemne dla siebie. Oba te stanowiska opierają się na zupełnie różnym podejściu do życia. Pierwsze uczy miłości do drugiej osoby, drugie miłości do siebie. Czy tego rodzaju „wygodne życie” da się pogodzić z życiem modlitwy?

Jezus udzielił nam odpowiedzi w Ewangelii: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9,23-25). Braniem krzyża powszedniego jest rezygnowanie każdego dnia z dumy z siebie, a radowanie się znajomością Jezusa. Krzyżem może się również okazać utrata przyjaciół, potępienie społeczne, czy oskarżenia spowodowane jasnym opowiedzeniem się za Jezusem.

O osobach pragnących podjąć życie modlitwy św. Teresa od Jezusa pisała: „A demon wiele dopomaga w uczynieniu ich niezdolnymi do podejmowania tych starań o samotność, milczenie i wiele innych cnót, gdy dostrzeże odrobinę lęku. Nie potrzebuje niczego więcej, aby wmówić nam, że wszystko może nas zabić i pozbawić zdrowia, aż do tego, że nawet pojawienie się łez na modlitwie budzi w nas obawę, że oślepniemy. Ale ponieważ Bóg zechciał, że zrozumiałam ten podstęp demona, gdy on podsuwał mi myśl o tym, że stracę zdrowie, mówiłam: mało mnie to obchodzi, że umrę gdy odnośnie odpoczynku: nie potrzebuję już odpoczynku, ale krzyża i tak samo w innych sprawach” (Ż 13,7). Sama cierpiała wiele z powodu oschłości duchowych. Miała jednak świadomość, że „wygodne życie nie może iść w parze z modlitwą” (DD 4,2). Potrzebna jest więc konkretna, osobista i zdecydowana praca nad sobą nawet, jeśli wymaga wielkiego trudu.


Radovan

środa, 20 kwietnia 2016

Kilka słów o rutynie i bezmyślności

O niebezpieczeństwie i bezużyteczności gadulstwa w ogóle, a na modlitwie tym bardziej, mówił sam Jezus w słowach „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie” (Mt 6,7). 





Chciałoby się dopowiedzieć: ''bo łatwo wtedy o rutynę'', która to sprawia, że bezmyślnie, bezrefleksyjnie coś robimy, a na modlitwie wyrzucamy z siebie potoki pustych słów, które nic nie mówią ani o nas, ani o Bogu. Wielu, mówiąc o złej lub dobrej modlitwie, przywołuje ewangeliczne postaci faryzeusza i celnika. Otóż, faryzeusz dużo mówi, w ogóle u niego wszystkiego wydaje się dużo, wręcz za dużo słów, praktyk, o których wspomina, przede wszystkim za dużo jest przez to jego samego. Natomiast celnik przez proste słowa mówi najwięcej. Mówi prawdę o swojej grzeszności, o swoim zagubieniu, a przede wszystkim mówi prawdę o wszechmocy i miłosierdziu Boga. Jakby powiedziała św. Teresa od Jezusa, tylko taki dialog osoby z osobą, gdzie ma się świadomość, kim się jest i Kim jest Ten, do którego się zwracamy, można nazwać modlitwą. W przeciwnym razie, „kto by zaś utrzymywał, że rozumienie tu wcale niepotrzebne, że dość jest wymawiać tylko sposobem mechanicznym słowa modlitwy, temu nawet nie odpowiadam” (D22,2).

Święta Mistyczka chce powiedzieć, że w prawdziwej, autentycznej modlitwie, podczas której budujemy i pogłębiamy więź z Jezusem nie ma miejsca na rutynę. Jeżeli modlitwa będzie dla nas pasją, przygodą odkrywania prawdy o sobie i o Bogu, to ta relacja na długie lata zachowa swoją świeżość i rutyna nigdy się tam nie wkradnie. Widać jak wielkim niebezpieczeństwem, złem, wręcz okrucieństwem dla tej relacji a więc i życia duchowego jest rutyna. Uprzedmiotawia wszystkich, czyni bezosobowym siebie i Boga, wręcz uśmierca. Taka „modlitwa” nie daje życia, bo nie jest szukaniem woli Boga, nie czyni otwartym na nią. Tam, gdzie wkradła się rutyna modlący wcale nie wypatruje tego, co nowe, tego, co jawi się za horyzontem, nie jest tym zainteresowany, wręcz boi się nowości. Właśnie wygodnictwo, chęć zachowania za wszelką cenę tego, co udało się zdobyć, osiągnąć jest powodem popadnięcia w rutynę, która czyni nasze życie bezmyślnym, bezrefleksyjnym, sprawia, że zatrzymujemy się w miejscu, co najwyżej zajmujemy się „grzebaniem umarłych”. Tak pisze o tym św. Teresa od Jezusa „Z drugiej strony jednak, wielkie moje przywiązanie do domu naszego, bardzo mi przypadającego do gustu i do celi, jakby umyślnie dla mnie zbudowanej, jeszcze mię wstrzymywało (Ż 32,10).

Aż strach pomyśleć, że mogłoby nie dojść do reformy Karmelu, reformy podjętej z miłości do Kościoła i do ludzi z lęku o ich zbawienie, a wszystko przez „wygodną celę”. To, co uchroniło Świętą Matkę przed popadnięciem w rutynę to, jak sama mówi, powierzenie siebie i wszystkich swoich spraw Bogu. To dowodzi, że ta ich relacja i zażyłość nie była nudna, była żywa. Tak więc, jeśli będziemy dbać o taką relację ze Swoim Stwórcą i Panem, niezależnie od tego, co będziemy robić, nasze życie nie będzie bezmyślne i bezrefleksyjne i nigdy nie zagości w nim rutyna.

Br, Tomasz OCD